Choć powszechnie wydaje się, że w szkołach poszkodowane są tylko dzieci nie chodzące na religię to śmiało stwierdzam, że szkodzi to całej szkolnej społeczności. Dlaczego? Chodzi o nierówne traktowanie, które obserwują wszyscy. Uczniowie uważnie obserwują umieszczanie zajęć z religii pomiędzy innymi lekcjami i podświadomie rozpoznają w nim formę dyskryminacji. Widzą, że jest na to przyzwolenie zarówno rodziców, nauczycieli jak i dyrekcji. Często nikt z tym zupełnie nic nie robi.
Wiadomo, że dzieci wyniosą w szkole zdobyte doświadczenie w dorosłe życie. Czy i jak z niego skorzystają? To się okaże.
Po drugie, czy dzieci uczące się w szkole jednocześnie lekcja w lekcję o grawitacji, a potem o w wniebowstąpieniu są w stanie odróżnić w którym momencie kończy się nauka, a zaczyna katechizacja? Na jednej lekcji uczą się o powstawaniu układu słonecznego, a zaraz za chwilę na kolejnej o tym, że stwórca wytworzył to wszystko w kilka dni? Ja mam obawy o to czy najmłodsi potrafią te aspekty od siebie oddzielić.
Zajrzycie też tutaj gdzie napisałem jak moim zdaniem wiara w boga szkodzi najmłodszym.
